Najbliższe premiery:
Muzyka filmowa 1 komentarz

„Hans Zimmer Revealed”
koncert w Londynie
CZ.2

Tym którzy zaspali i nie czytali pierwszej części relacji przypominam i objaśniam – znajdujemy się w Eventim Apollo Theatre, dzielnica Hammersmith, pierwszy w karierze koncert Hansa Zimmera. Właśnie minęła jego pierwsza część, ta nazwijmy to klasyczna, już jest dobrze, a największe niespodzianki dopiero przed nami.

Tymczasem, co w trakcie takiej przerwy biedny meloman może zrobić? Może na przykład iść po piwo, by innym koneserom muzyki fundować alkoholowe wyziewy. Ci bardziej taktowni kupią drinka. Trzecia grupa zadowoli się wieśniacką bluzą z koncertowym obrandowaniem, by już zawsze być chodzącą reklamą tego wydarzenia. Za jedyne 20 funtów. Albo kubeczek z ukochaną gwiazdą za 13 „Elżbiet”? Każdy chciałby rozpoczynać dzień z Hansem, mam rację?

IMG_0151

Początek segmentu numer dwa to podróż w prehistorię, do czasów pierwszych elektronicznych poszukiwań Zimmera. Prawdziwy romans, Rain Man i Zielona karta to granie zawsze przyjemne, ale nieco już archaiczne. Zaczynałem się niecierpliwić. Gdzie te eksplozje, konfetti, baloniki i inne uciechy? Z narażeniem życia sprawdzam program imprezy. Jest jeszcze nadzieja.

Człowiek ze stali, jedna z ostatnich prac Niemca, ceniona za koncept za nią stojący, za wykonanie już niekoniecznie. Znowu brak zaskoczenia. Nie zdecydowali się w tym przypadku na posklejane jakiejś zgrabnej suity. Dostaliśmy temat Supermana od A do Z, od pierwszych, najprostszych dźwięków z pianina Hansa, na perkusyjnej, równie prostej rozwałce kończąc. Większych zmian względem oryginału nie stwierdzono, początkowe klawisze wykonane przez maestro Zimmera zabrzmiały konkretniej. Jasnym jest, że trzy urodziwe panie za kotłami to nie trzynaście perkusji, które zostały użyte do nagrania oryginału. W tym jednak przypadku utwór na koncercie zabrzmiał tak podobnie, że tylko potwierdził dyskusyjność decyzji Niemca o wykorzystaniu tylu instrumentów na sesji nagraniowej.

Cienka czerwona linia. Gdybym miał wskazać jedną partyturę definiującą bohatera relacji to byłaby to właśnie ta z filmu Malicka. Proces jej powstawania to materiał na osobny wpis. Opowieść o jej wpływie na to jak brzmi wiele współczesnych filmów to byłby drugi wpis. A o historii tego, jak  Thin Red Line stała się paradoksalnie przekleństwem Zimmera i całej branży można by popełnić jakąś niewielką książeczkę.

red line - KopiaCudowny moment, chyba drugi tak „łapiący” za gardło tego wieczoru. Wojenne ostinato pięknie rosło w siłę, dla efektu podkręcono rolę chóru w utworze. Perfekcyjności momentu dopełniła minimalistyczna wizualizacja. W ciemnej sali świetlna, pozioma, czerwona linia rozprzestrzeniała się ze sceny na ściany boczne, by w finale utworu powoli zamieniać się w morze czerwieni zalewającej Apollo Theatre. Estetycznie byłem wtedy w niebie. Pięknie to wymyślili.

Nie ma jednak chwili na oddech. Hans zapowiada kwartet smyczkowy, zaczynają grać coś znajomego, ale niekoniecznie związanego z muzyką filmową. Boom! Pharell Williams na scenie, a ludzie w konwulsjach. Gdybyście widzieli ochronę obiektu. Dotychczas wyczuleni na wszelki sprzęt do rejestracji wideo, jak Tommy Lee Jones w Ściganym, w jednym momencie sami zaczęli łamać regulamin i filmować tą eksplozję entuzjazmu. Najpopularniejszy obecnie wokalista na świecie odśpiewał swoje Happy, by następnie opowiedzieć jak wielką rolę w jego życiu odegrał Zimmer.

hans poklon - Kopia

Zastanawiacie się skąd się ten Pharell wziął? Ich pierwsza wspólna kolaboracja to muzyka do Minionki rozrabiają, za którą Williams był nominowany do Oscara. Drugim projektem był tegoroczny Niesamowity Spider-Man numer dwa. Tu też długo by opowiadać o procesie twórczym, o tym, że najpierw w szerszym gronie powstały piosenki, z nich wyodrębniono tematy itd. W kaaażdym razie Pharell dołożył tam sporą cegiełkę.

I tu zaskoczenie. Kompozytor zapowiada ze sceny, że podejmą się wykonania utworu niemal niemożliwego do odtworzenia na żywo. Temat Electro, czyli głównego przeciwnika Człowieka Pająka. Można nie lubić dubstepu, ale nie można nie pochylić głowy przed tym, jak sobie z nim poradzili na scenie. Williams perfekcyjnie „wyśpiewał” partie wokalne, będące w zamierzeniu głosami w głowie obłąkanego filmowego czarnego charakteru.

pharell

Na finał został smakołyk. Suita z trylogii Mrocznego rycerza Christophera Nolana. Pięknie opowiadał Zimmer o ich współpracy, a w końcu przyjaźni. I taki też, 20-minutowy, muzyczny zestaw zmontował. Podróż przez każdą z części, z oczywistym wyróżnieniem zwieńczenia trylogii, które było najbardziej przystępną pracą i zawierało największy potencjał melodyjny, by wyróżnić tylko Imagine the Fire czy brzmiący ciekawie, inaczej niż w oryginale Rise. Inteligentnie przemieszane utwory i przemyślana konstrukcja całej suity pozwoliły docenić te trzy partytury jak nigdy wcześniej. Zimmer wycisnął je jak cytrynę, z muzyki miejscami ciężkiej, atonalnej, drażniącej, wydobył cały jej potencjał. Wszystkiemu towarzyszyła minimalistyczna, elegancka, wymierzona precyzyjnie co do dźwięku gra świateł, stojąca delikatnie w opozycji do rozbuchanej oprawy goldenthalowskiego występu w Krakowie. Kompozytor wspomniał Heatha Ledgera i ofiary ataku szaleńca w kinie podczas premiery The Dark Knight Rises, płynnie przechodząc do skomponowanego dla ich upamiętnienia utworu Aurora.

crimson - Kopia

Na bis od początku spodziewałem się niewymienionej w programie koncertu Incepcji, która po takiej uczcie mało mnie już obchodziła z racji krakowskiego koncertu, gdzie została zaprezentowana duża jej część. Aplauz widowni był konkretny, widać, że to jedna z najpopularniejszych prac Niemca. Fani dostali to na co czekali: „przelot” od Time is Collapsing, przez Mombassa, kończąc na uwielbianym i kopiowanym bez umiaru Time. Pomysł jak ma to brzmieć był trochę inny niż w Krakowie. Bardziej „płasko”, z mniejszą ilością basu i uwypukleniem gitary Johnny’ego Marra (w ogóle gitarzysta The Smiths udzielał się przez cały koncert, nie tylko w finale). Fajnie.

To by było na tyle. Duże zaskoczenie i fantastyczne przeżycie. Mam nadzieję, że to nie były ostatnie takie koncerty. Ktoś gdzieś wspomniał o Pradze, oby to była prawda. Naszemu swojskiemu, krakowskiemu Festiwalowi Muzyki Filmowej też zrobiłoby dobrze takie widowisko – bez bicia pokłonów, odtwórstwa i nabożności. Czysta rozrywka, zabawa muzyką i worek zaskoczeń. Tyle, że potencjał wizyty Niemca w Krakowie na kilka lat został już chyba wypalony.

Marcin Cisowski

Kilka słów o autorze

Marcin Cisowski

Głównodowodzący movieMAG.pl. Z papierami na producenta filmowego i telewizyjnego. Póki co bez filmu na koncie, z tym drugim medium związany od (zdaniem niektórych zbyt wielu) lat. Po więcej porywających informacji zapraszam do zakładki "O blogu" :).
MovieMag na Facebooku do góry