Najbliższe premiery:
W kinie 0 komentarzy

Filmy z WFF cz. 3
„Wierszyki dla młodych pożeraczy”

„Wierszyki dla młodych pożeraczy” – przeczytałem tytuł i wiedziałem, że muszę to zobaczyć.

Kanadyjczyk Jeff Barnaby w „Wierszykach…” opowiedział historię rozgrywającą się w latach 70. w rezerwacie kanadyjskich Indian. Musicie wiedzieć, że obowiązywało wtedy prawo, wg którego każde dziecko miało obowiązek przez okres edukacji żyć w katolickiej szkole z internatem. W przeciwnym razie rodzic z automatu trafiał do pierdla. Taka rzeczywistość jest tłem dla losów nastoletniej Aborygenki.

Aila to piętnastoletnia narkotykowa „baronowa”. Zaopatruje w nie cały rezerwat, zarabiając dzięki temu pieniądze na comiesięczne opłacanie swojej wolności od szkoły i problemów. Wszystko zmienia się, gdy sadystyczny szeryf policji i dyrektor szkoły w jednym kradnie należne mu pieniądze. Dziewczyna musi je odzyskać chcąc nadal być na wolności, a dodajmy, że opiekować musi się nie tylko sobą, ale i powracającym z więzienia ojcem.

Już zawiązanie akcji jest bezkompromisowe – kobieta pakuje pijanego mężczyznę do samochodu, rusza i niechcący rozjeżdża kolegę kilkuletniej wtedy Aily, którego akurat nie zauważyła. W następstwie tego nieszczęśliwego wypadku dziewczynka o poranku dnia następnego znajduje swoją rodzicielkę wiszącą na drzewie. Dzieciak z rozjechaną głową i mała dziewczynka patrząca na kiwające się na wietrze ciało matki. W pierwszych 5 minutach filmu. Wow. Tego jeszcze nie grali.
Ta jedna scena ustawia ton całego filmu. Jest śmieszno – straszno. Dosadnie. Rezerwat to ponura rzeczywistość. Wizja miejsca, w którym jedynym sensownym zajęciem jest palenie zielska do krzepiących nie należy.

Całość momentami przypominała mi fantastyczne „Do szpiku kości” – film, który odkrył dla całego świata piekielnie utalentowaną Jennifer Lawrence. I w jednym i w drugim obrazie mamy silną nastolatkę, która los swojej rodziny musi dźwigać na młodych ramionach. Oba filmy są pięknie sfotografowane. Tam amerykańska, tu kanadyjska prowincja, otulona jesiennym krajobrazem, jest najdalsza jak tylko może od pocztówkowych obrazków, których na co dzień w kinie pełno.

Dość depresyjny opis, prawda? Ale „Wierszyki dla młodych pożeraczy” mają do zaoferowania cały kalejdoskop emocji. W ciągu półtorej godziny seansu poznamy najwymyślniejsze rodzaje trawy (maczana w whiskey dla koneserów, klejona miodem dla fanatyków zdrowej żywności). Przeżyjemy atak zombie. W ramach retrospekcji obejrzymy sfilmowaną w slow motion walkę w katolickim sierocińcu. Indiańska legenda zostanie nam opowiedziana w formie pięknego filmu animowanego. A skoro osią filmu jest odzyskanie skradzionych pieniędzy to całość nieubłaganie musi przeistoczyć się w heist movie. „Wierszyki…” od pewnego momentu to indiańskie „Ocean’s Eleven”, ze skrupulatnym etapem planowania i drużyną dzieciaków w maskach wykonujących brawurowy skok na sierociniec.

Ta podlana bardzo dosłowną brutalnością kanadyjska produkcja jest jak jazda na karuzeli. Nie każdy polubi, nie każdy zniesie nagromadzenie wrażeń, ale nudno na pewno nie będzie. W moją estetykę „Wierszyki dla młodych pożeraczy” trafiły idealnie.

four
Marcin Cisowski

Kilka słów o autorze

Marcin Cisowski

Głównodowodzący movieMAG.pl. Z papierami na producenta filmowego i telewizyjnego. Póki co bez filmu na koncie, z tym drugim medium związany od (zdaniem niektórych zbyt wielu) lat. Po więcej porywających informacji zapraszam do zakładki "O blogu" :).
MovieMag na Facebooku do góry