Na pierwszy ogień tegorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego wybrałem sobie kino drogi, w wydaniu specjalisty od polskiego realizmu magicznego, Jana Jakuba Kolskiego. „Serce, Serduszko” to dwie godziny podróży przez Polskę B, C i D, od Bieszczad po Pomorze, razem z Maszą, wychowanką domu dziecka i jej opiekunką – outsiderką. Celem – egzamin do szkoły baletowej.
Rola najmłodszej bohaterki obsadzona wyśmienicie. Polska nie dorobiła się dziecięcych aktorów, małoletnie kreacje są zazwyczaj powodem do żartów, a tu – dziewczynka jest naturalna, z dobrą dykcją, a do tego w scenach baletu chyba nie potrzebowała dublerki. Razem z nią przez nasz piękny kraj przebija się, ucharakteryzowana na wytatuowaną pisakiem ćpunkę, wschodząca super-gwiazda Julia Kijowska. Aktorka absolutnie utalentowana, od dwóch sezonów na fali, kolejny już raz gra na tej samej nucie, sycząc przez zęby od niechcenia, jakby na odczep się. To jest efektowne, ale chciałbym panią Julię zobaczyć w jakimś innym repertuarze.
Na drugim planie Marcin Dorociński w roli typowego, wciąż zawodzącego ojca – alkoholika. Miało być magicznie, więc w pakiecie dostał pana Sralucha (serio tak się nazywa) – małego kurczaka, z którym tworzą komediowy duet, a na finał dostajemy pana Marcina tańczącego w stroju baletnicy na obskurnym kolejowym peronie. Takie to igranie z wizerunkiem.
Kto jeszcze może mieszkać na polskiej prowincji? Wytatuowany w Mataki Boskie ksiądz o twarzy Borysa Szyca? Szalona pani weterynarz? Franciszek Pieczka w zrujnowanym domostwie z karuzelą na podwórku?
Mimo, że obraz nie grzeszy jakością (wyblakły, bury, trochę jak studencka etiuda, z tego czego się dowiedziałem trwają jeszcze prace nad osiągnięciem porządanego efektu, film był kręcony w rozdzielczości 4K) to Bieszczady na ekranie zachwycają. Lokacje jak wspomniany dom z karuzelą, wiejskie sklepy, sfotografowana za pomocą drona barka na której odbywa się niecodzienny pojedynek taneczny – ten kto odpowiadał za wybór obiektów zdjęciowych zrobił kawał porządnej roboty. Podobnie jak ktoś, kto zdecydował, że narrację wspomogą ślicznie koślawe animowane przerywniki.
Film nie próbuje wynaleźć koła, to konwencjonalne kino drogi, mocno epizodyczne, nie ma tu szczególnie mocno nakreślonej historii.
Ostatnio pan Kolski miał problemy z dystrybucją jego filmów. „Sercu, Serduszku” uda się wejść do kin 21 listopada. Idźcie. Dla Bieszczad, Dorocińskiego w sukience i kurczaka Sralucha.


