Najbliższe premiery:
W kinie 3 komentarze

Popkulturowe umieranie
„Gwiazd naszych wina”

Powyższy tytuł jest lekko tabloidowy, ale w końcu to początki bloga, musi być krew, flaki i człowiek trzymający kredens, żeby ktoś tu chciał zaglądać. Daleki jestem od trywializowania tematu śmierci. Co więcej – już na początku, kiedy padły z ekranu słowa nastolatki o sprawach ostatecznych wypowiedziałem na głos ostrzeżenie, że zaraz będzie wstyd, bom w kinie człowiek płaczliwy.

„Gwiazd naszych wina” to książkowy bestseller. Podobno. Bynajmniej nie w Polsce i patrząc na wyniki box office raczej się to nie zmieni. Ale w Stanach pod względem popularności i zaangażowania społeczności fanów to coś pokroju „Zmierzchu” czy „Igrzysk Śmierci”. I taki też był powód dla którego odwiedziłem kino. Alarmujące doniesienia zza oceanu – Tom Cruise za 200 baniek poległ z 20 razy tańszymi nastolatkami umierającymi na raka. Musiałem poznać pogromcę pięknego Toma.

Kosztujący 12 milionów dolarów film to historia Hazel. 23-letnia Shailene Woodley, w której skrycie kocham się od czasu „Spadkobierców” Clooneya z wdziękiem wygrywa na ekranie rezolutną 16-latkę oswajającą nas z sytuacją o której statystyczny nastolatek raczej nie myśli – że choroba może przyjść w najmniej spodziewanym momencie. W związku z tym Hazel musiała przejść przyspieszony kurs dorosłości. Nie stajemy tu jednak w krępującej sytuacji umartwiania się nad sobą, to raczej seans pozytywnej energii wśród mocno rozpisanych charakterów, które poznały się na spotkaniach kółka terapii dla nieuleczalnie chorych.

Gus, cwaniaczek o twarzy cherubinka, jest zwycięzcą. Rak w reemisji, a on własnie poznał sympatyczną dziewczynę z klasy średniej, na której wrażenie robią jego sztubiackie żarty z nowotworu. Oboje piękni i młodzi. Pierwsze miłości, codzienne problemy, powolne odkrywanie własnej fizyczności – ten romantyczny wyciskacz łez spełnia w tych momentach reguły gatunku. Natomiast zupełnie ich nie spełnia w kategoriach obowiązujących kanonów. Oto bowiem postanowiono główną bohaterkę obdarzyć przymiotem tyleż charakterystycznym, co uciążliwym i będącym dla nas lampką ostrzegawczą. Hazel uporczywie ciągnie za sobą niezbędną do jej ekranowego funkcjonowania butlę z tlenem. Rekwizyt ma uwierać również widza. Przypomina, że gdzieś między tymi młodzieńczymi uniesieniami rozgrywa się gra o większą stawkę, pozostajemy czujni. Cudowną grę z kanonami piękna rozgrywa również sama Shailene Woodley. Adorujemy wszakże bohaterkę filmowego hitu, która przez bite dwie godziny nie rozstaje się z aparatem tlenowym. Ta niepozorna plastikowa rurka w nosie to jedna z najwiekszych wygranych „Gwiazd naszych wina”.

Gwiazd naszych 2

Są tu perełki, jak cały wątek będący klamrą opowieści – ukochana książka i wyprawa na spotkanie z jej autorem po odpowiedzi na nurtujące pytania. Znakomity, cyniczny Willem Dafoe to przeciwwaga dla względnie komfortowego świata głównych bohaterów. Już ręce składały mi się do oklasków, kiedy chwilę później historia jak mokrą szmatą zaczęła smagać mnie nachalnym, prostackim zestawianiem losów Hazel z życiem Anny Frank. Bohaterka z trudem zdobywa kolejne piętra jej muzeum w Amsterdamie, taszcząc za sobą swoją tlenową przyjaciółkę, z offu słyszymy fragmenty pamiętnika słynnej Żydówki. I koniec, w tym momencie empatię szlag trafił, a zaczęło się bezczelne manipulowanie emocjami.

Przez ten zabieg, który skutecznie wyleczył mnie z filmowej magii już do końca seansu ważniejsi od dzieciaków byli dla mnie ich rodzice i to oni są cichymi bohaterami „Gwiazd naszych wina”. Laura Dern, matka, która w obliczu wiedzy o tym, że prędzej czy później straci córkę nie wie czy ma być dla niej kumpelą udającą, że nic się nie dzieje, nadopiekuńczą matką, a może zejść córce z drogi i pozwolić popełniać błędy.

Literatura young-adult, kreująca od wielu lat trendy na polu kina dla nastolatków dała kinematografii kolejny temat, który będzie w najbliższych latach eksploatowany. Po wampirach (saga „Zmierzch”, „Dary Anioła”), powieściach dystopijnych z miłością w tle („Igrzyska Śmierci”, „Niezgodna”, ostatnio „Więzień labiryntu”) spodziewajmy się inwazji popkulturowego umierania.

three
Marcin Cisowski

Kilka słów o autorze

Marcin Cisowski

Głównodowodzący movieMAG.pl. Z papierami na producenta filmowego i telewizyjnego. Póki co bez filmu na koncie, z tym drugim medium związany od (zdaniem niektórych zbyt wielu) lat. Po więcej porywających informacji zapraszam do zakładki "O blogu" :).
MovieMag na Facebooku do góry