Najbliższe premiery:
W kinie 1 komentarz

Nauka i wyobraźnia na krańcach wszechświata. Interstellar

Nie da się napisać tekstu o najnowszej produkcji Cristophera Nolana nie psując seansu zainteresowanym. Reżyser należy do tej grupy twórców na których filmy najlepiej iść z czystą głową, bez obciążania się opiniami tych, którzy są już po projekcji. Nie będę poniżej zdradzał fabularnych szczegółów, ale i tak zalecam czytanie tych paru zdań jak już wrócicie z kina. Chociaż – chyba każdy kto miał go zobaczyć już zameldował się w Imaxie.

Christopher Nolan nie nakręcił najlepszego filmu w swojej karierze. Christopher Nolan nakręcił natomiast film swojego życia. Zebrał tematy mu bliskie, które trawią go nieprzerwanie od 15 lat w jego filmografii, wsadził na pokład statku kosmicznego i wystrzelił daleko poza granice naszego wszechświata. A równocześnie złożył piękny filmowy hołd swoim filmowym mistrzom, będący jednocześnie pożegnaniem kina i sztuki robienia filmów jaką znaliśmy.

Ziemia stała się nieprzyjaznym miejscem, ludzie praktycznie utracili możliwość wytwarzania pożywienia, słowem – mamy przesrane. Trzeba więc wysłać kogoś odpowiedniego za granice kosmosu jaki znamy, by poszukał rozwiązania problemu. A kto nada się do tego lepiej, jeśli nie najbardziej rozchwytywany aktor ostatnich 12 miesięcy, the one and only, boski Matthew MacConachey.

Nie jest to nowy Armageddon. Nie oglądamy wielkich przygotowań do straceńczego lotu, łzawych pożegnań. Kilka scen nakreślenia kto, dlaczego, po co i BACH – patrzymy z bliska na tunel czasoprzestrzenny i machamy na pożegnanie matce ziemi, czując przyjemną niepewność, czy pod koniec seansu jeszcze na nią wrócimy. „Interstellar” to nie jest w żadnym wypadku kino katastroficzne, próba ratunku ludzkiego gatunku nie jest celem. To nośnik o wiele bardziej osobistej historii.

W monumentalnej oprawie wizualnej przynoszącej na myśl słynną „Odyseję kosmiczną” Kubricka (sposób pokazywania kosmosu, projekty statków, komponowanie ujęć), Christopher Nolan kolejny raz w swojej filmografii próbuje mierzyć się z tematem miłości, pasji i obsesji, napędzającej i wyniszczającej człowieka jednocześnie.
Ta kwestia miota reżyserem od początków jego kariery. Leonard z „Memento”, Angier i Borden z „Prestiżu”, Cobb z „Incepcji” i w końcu sam Bruce Wayne/Batman. Miłość była katalizatorem każdego z wyżej wymienionych, pasja, a w końcu obsesja, wielu z nich doprowadziła na granicę obłędu.

interstellarpost

Cooper to były pilot, który dostał ponowną szansę na międzygwiezdny lot. Pozostawienie na ziemi – i tak już pokiereszowanej – rodziny w rozdzierających pierwszych scenach powodowane jest niemal w równym stopniu odruchem troski o najbliższych, co nieoczekiwaną możliwością wzniesienia się w przestworza. Tragizm tej sytuacji podkreśla Nolan fantastycznie budując mikroświat wokół rodziny Cooperów. Zapuszczona farma, bezkresne pola kukurydzy, jedna ulica w miasteczku, szkoła. W tych obrazach zamknięta jest cała rzeczywistość bohatera, który niedługo wyruszy poza znany nam horyzont wszechświata.

Dramat ludzkości mało interesuje reżysera. Liczy się to czemu syn Coopera seniora nie będzie mógł zdobyć odpowiedniego wykształcenia, co będą mieli na talerzu. W końcu czy dziecko jest w stanie zaakceptować, że ojciec ten ich mikroświat zamierza swoim zniknięciem zburzyć.
Inscenizacja przypomina niedocenianą „Wojnę światów” Spielbegra, identycznie subiektywną, z podobną obserwacją globalnej apokalipsy skupionej wokół jednostki – ojca próbującego ocalić dzieci.
Nolan opiera się na dość dużej umowności, nawet supertajny ośrodek NASA sprawia wrażenie naprędce zbudowanych dekoracji. Najważniejsze są cztery ściany rodzinnego domu na farmie i rozdzierające pożegnanie domowników w rytm odliczania do startu i huku silników rakiety.

A kiedy już znajdziemy się w kosmosie nie sposób nie docenić powściągliwości wizualnej. Trochę jakby na przekór „Grawitacji” Cuarona, Nolan „fotografuje” kosmos rękoma Hoyte Van Hoytemy oszczędnie. Ważniejsze są wnętrza statku i stacji kosmicznej. Scenografia – surowa, pieczołowicie zaprojektowana i zbudowana, przypomina mi tę z „Obcego” Ridleya Scotta. Ascetyczne, brudne pulpity, ledwo działające źródła światła – dojmująca scenografia koresponduje z nieciekawą sytuacją boskiego Matthew i reszty załogi.

To wszystko nie brzmi jak wysokobudżetowe kino rozrywkowe, bo też „Interstellar” (mimo pozorów i wydanych na niego ponad 160 baniek) nie aspiruje do tego grona. To wręcz antyblockbuster, w którym sceny akcji są raptem dwie, a pieniądze zostały mądrze wydane na budowę potrzebnych dekoracji czy zdjęcia na Islandii. Można było taniej, można było w komputerze, ale siła rażenia filmu byłaby wielokrotnie mniejsza.

ZZ5B280FC1-550x733

Respekt budzi u mnie to, ile pojęć z zakresu biologii, mechaniki czy astrofizyki udało się w służbie nauki przemycić w filmie, a jednak mimo to „Interstellar” pozostał kinem rozrywkowym. Podziw budzi wizjonerstwo w scenach w których reżyser popuszcza lejce swojej wyobraźni. Wizualizacja czarnej dziury i tunelu czasoprzestrzennego, spektakularna scena dokowania do stacji Endurance, wizyty na planetach – to momenty oddechu i fantastyczny kontrapunkt dla ogólnej surowej tonacji filmu.

Ogromną robotę wykonuje w obrazie muzyka Zimmera. Hipnotyczna, oparta o rytm tykającego zegara (choć czas w filmie jest mocno względny, w związku z tym zmienia się i jej rytm). Organy sprzed 200 lat, najpotężniejszy z instrumentów wykorzystany do jej nagrania, podkreślają sakralny, albo precyzyjniej – transcendentalny charakter kosmicznej podróży. To najlepsza muzyczna praca Niemca ostatniej dekady, który w końcu zaproponował coś zupełnie odmiennego od jego ostatnich dokonań.

To nie jest najlepszy film reżysera, ale na pewno to jego najambitniejszy projekt, będący hołdem i artystyczną kontynuacją ukochanych przez niego pionierskich dzieł kina sci-fi.
Nolan wysmażył film życia. Musiał posłać swojego bohatera tak daleko od ziemi jak tylko pozwalała mu na to wyobraźnia, żeby opowiedzieć najbardziej humanistyczną ze swoich historii. Przy całym naukowym bagażu to przede wszystkim familijna opowieść o rodzinie, stawiająca pytania o to, czy jesteśmy zaprogramowani na przetrwanie za wszelką cenę, czy właśnie to czyni nas ludźmi. „Interstellar” nie wystawia nam zbyt pozytywnej oceny, ale finalnie to najbardziej pogodny i optymistyczny z filmów reżysera. Momenty banalnie piękne i wzruszające mieszają się z wielkimi i wzniosłymi. Nauka cudownie ustępuje miejsca nieposkromionej wyobraźni. Jak w całej filmografii Christophera Nolana.

four
Marcin Cisowski

Kilka słów o autorze

Marcin Cisowski

Głównodowodzący movieMAG.pl. Z papierami na producenta filmowego i telewizyjnego. Póki co bez filmu na koncie, z tym drugim medium związany od (zdaniem niektórych zbyt wielu) lat. Po więcej porywających informacji zapraszam do zakładki "O blogu" :).
  • cham

    1)Największą wadą filmu jest szczęśliwe zakończenie. (trochę naiwne)
    2)Moim zdaniem muzyka „stanowi” przynajmniej 50% wartośći filmu.

MovieMag na Facebooku do góry