Najbliższe premiery:
W kinie 0 komentarzy

Moje Oscary

To ten przyjemny czas w roku. Każda możliwa gildia, stowarzyszenie i akademia organizuje plebiscyt na wszelakie NAJ branży filmowej. Takie czasy, że o prestiżu dzieła w równej mierze świadczy jego wartość artystyczna i ta wymierna, przeliczalna na złotych rycerzy, satelity, niedźwiedzie i palmy (choć do Palmy jeszcze kilka miesięcy).

Daleki jestem od sprowadzania gali rozdania Oscarów do celebryckiej hucpy i targowiska próżności, choć takie głosy zdają się dominować. Pewnie, zgoda, dużo tam brokatu, przypadkowych ludzi i przesadnej ekscytacji kreacjami gwiazd. Uszytymi kreacjami, nie aktorskimi, jedynymi które powinny się tego wieczoru liczyć. Ale to byłby idealny świat.

image_2543138Branża filmowa to jednak od zawsze przemysł. Gigantyczny. Film ma finalnie przynieść zysk, to cel przynajmniej równorzędny z artystycznym, wszak producent też musi coś do garnka włożyć. Gdyby nie ci najwięksi i ich miliony, gdyby nie rozpalająca zmysły całego świata Angelina z nieudanym przecież filmem i tabun tych mniej zdolnych, ale kształtujących popkulturę gwiazdek, rownież na galę zapraszanych, nie byłoby dziś miejsca na wychwalanie Birdmana, Boyhooda, Wiplasha i innych zacnych tytułów, które powiedzmy sobie szczerze popularność miały umiarkowaną. Na pewno wielokrotnie niższą, niż widownia gali rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej.

Uwielbiam Oscary. Poza blichtrem, który mnie ni ziębi, ni grzeje, to fantastyczny barometr. Papierek lakmusowy dla kierunku w którym może (ale nie musi) podążyć kinematografia. Odgadywanie gustów członków Akademii i zestawianie ich z własnymi to nie tylko totolotek. Filmowy rachunek sumienia prowokuje pytania o aktualne wartości w sztuce, pozwala przekrojowo spojrzeć na współczesną wrażliwość.

Jakie historie poruszały ludzi w latach 90., kogo cenimy i za co dokładnie, czy aktualnie „na pudle” ludzkiej emocji są tematy wzniosłe, banalne, patrzące z dystansu, a może łakniemy ważnych opowieści o ważnych ludziach, bo brak nam autorytetów.
Spróbujcie kiedyś usiąść nad kartką i zrobić sobie taki filmowy rachunek sumienia. Dla kochających kino to fantastyczna sprawa. Ja sam bawię się w to nieprzerwanie niemal 20 lat.

Dokładnie tyle gal Oscarowych temu, w 1996 roku, gdy tryumfował Mel Gibson ze swoim Walecznym sercem, rodzice pozwolili 11-letniemu gówniarzowi zarwać noc i przez szklane 21 cali przenieść się na drugi koniec świata, do stolicy kina. Mentalnie zostałem tam do dziś.

oscr3

Marcin Cisowski

Kilka słów o autorze

Marcin Cisowski

Głównodowodzący movieMAG.pl. Z papierami na producenta filmowego i telewizyjnego. Póki co bez filmu na koncie, z tym drugim medium związany od (zdaniem niektórych zbyt wielu) lat. Po więcej porywających informacji zapraszam do zakładki "O blogu" :).
MovieMag na Facebooku do góry