Najbliższe premiery:
W kinie 0 komentarzy

Filozof w przedszkolu
„Lucy”

Najlepszy film Bessona od lat – zdają się krzyczeć nagłówki, bo rzeczywiście ostatnie dzieła Francuza powinno się zakopać na pustyni zupełnie tak jak to zrobiło Atari z grą E.T. Tyle, że ten „najlepszy film od lat” nie jest żadną rekomendacją bo „Lucy” mimo kilku jasnych momentów to przeciętniak. Przeciętniak, który zarobił w Stanach już 125 baniek przy budżecie 40 milionów. Niezbadane są wyroki publiczności.

Scarlett igra ostatnio ze swoim wizerunkiem i to cieszy. Jako umorusany kosmita przechadzała się po plażach i bezdrożach w „Under the Skin”, tu natomiast postawiła na poszarpane, tlenione włosy, odrapany lakier na paznokciach i czarną bieliznę, uroczo niedopasowaną do białego podkoszulka. Love <3.
I ta sierota w ramach uatrakcyjnienia historii zostaje naszprycowana niebieskimi gumijagodami do tego stopnia, że za jednym pociągnięciem dłoni odwiedza pierwszych budowniczych Ameryki. A za kolejnymi człekokształtnych przodków i dinozaury. Czy coś z tego wynika dla filmu? Poza kilkoma ujęciami kupionymi od Animal Planet niewiele. Ale zanim Johanson rozkręci się na dobre jesteśmy świadkami zatrzymywania kul, lewitujących Azjatów, natychmiastowej regeneracji zdrowia, nuuuuda jak na nieskrępowaną niczym energię ludzkiego umysłu.

Właściwie nie wiem co zobaczyłem. Najbliżej „Lucy” do bycia pilotem serialu. Jako taki sprawdziłby się nieźle. Mamy tu półgodzinną scenę w której dowiadujemy się czemu bohaterka otrzymała wbrew sobie te niecodzienne (nawet w kinie) zdolności wynikające z uruchomienia 100% zasobów ludzkiego umysłu. Jest Morgan Freeman skopiowany jakby ze swojego dokumentalnego serialu Discovery o kosmosie, próbujący uwiarygadniać ten bełkot o granicach poznania. Serio. Oni się tam strzelają, a Morgan dalej swoje o tym, że tylko czas jest istotny, i że 4 miliardy lat temu dostaliśmy życie. Go Freeman!

Jest jeden widowiskowy, bezsensowny pościg, dwie 10-sekundowe strzelaniny, gdzieś w tle przewija się jakaś komiczna zła organizacja o której do końca nie wiemy nic i niewiele nas obchodzi, a reprezentujący ją smutni Azjaci wysypują się z ekranu w ilościach hurtowych.

Lucy 1

I to wystarczy. Na pilota przeciętnego serialu. Ale nie jedną z niespodzianek letniego sezonu w USA. Równie nieporadnie z podobnymi tematami radziła sobie kilka miesięcy temu „Transcendencja”, która jako film szkodliwy słusznie poległa w kinach. Wychodzi na to, że wystarczyło w tamtym przypadku podmienić spranego Deepa na uroczą Scarlett i bank rozbity.

Przy tych wszystkich narzekaniach cieszy powrót niektórych Bessonizmów. „Lucy” jest pstrokata, brutalna, postaci na ekranie są odpowiednio karykaturalne, a muzyka Erica Serry ilustruje wydarzenia łącząc symfonikę z elektroniką jak za jego najlepszych czasów.

Film jak na pilota serialu przystało urywa się w momencie kulminacji i mam jakąś nieuzasadnioną przyjemność z fantazjowania gdzie ta opowiastka mogłaby pójść dalej. Stawiam, że sam Besson nie wie, ale po sukcesie kasowym ma czas, żeby te bzdury uporządkować. Bo że sequel powstanie jest raczej przesądzone.

Luc Besson powinien robić to co umie najlepiej – kreować światy, tworzyć fajne postaci, zaskakiwać wizualnie. Na tych polach jego nowa propozycja się sprawdza. Tylko niech na Boga nie próbuje w 90-minutowym filmie akcji filozofować i wmawiać widzom za pomocą śmiertelnie poważnego Morgana Freemana na sali wykładowej, że tu chodzi o coś więcej. Nie chodzi.

two
Marcin Cisowski

Kilka słów o autorze

Marcin Cisowski

Głównodowodzący movieMAG.pl. Z papierami na producenta filmowego i telewizyjnego. Póki co bez filmu na koncie, z tym drugim medium związany od (zdaniem niektórych zbyt wielu) lat. Po więcej porywających informacji zapraszam do zakładki "O blogu" :).
MovieMag na Facebooku do góry