Bardzo lubię dokumenty na Warszawskim Festiwalu Filmowym. To albo wina dobrej selekcji w tym gatunku, albo ja jestem wygłodniały takiego kina. Whatever.
„Ja, kamikadze” to 80-minutowa spowiedź Japończyka, członka samobójczej jednostki. Pomysł na film był taki, żeby ustawić obiektyw kamery przed bohaterem i zadawać mu kolejne pytania. To wszystko. Nie ma tu archiwaliów, nie ma motywu, który prowadziłby nas przez historię. Nie odwiedzamy historycznych miejsc. Tylko kamera i stary człowiek, godny, sponiewierany przez historię, gdzieś w rozkroku między dumą i rozgoryczeniem.
Niemniej rozmówca to powściągliwy, co chyba charakterystyczne dla ludzi, którzy przeżyli traumę wojny, a dla Japończyków już w szczególności. Zabieg z minimalistyczną formą filmu jest uzasadniony, możemy doszukiwać się śladów emocji na kamiennej twarzy żołnierza. W momentach ciszy i ważenia słów jest coś przejmującego.
Po seansie w widzu najbardziej zostają epizody. O tym, że szkolił studentów sam mając 22 lata i za pomocą kartki i ołówka wysyłał ich na śmierć, by następnie płakać w krzakach – ot taki codzienny rytuał. O rozmowach z podwładnym, który kwestionował sens całej operacji i jego nieuchronnym samobójczym losie. O powrocie do domu do ojca w którym nie znalazł zrozumienia, oparcia, szacunku, a jedynie milczenie. W końcu o żalu do cesarza, który nie oddał hołdu kamikadze, nie wyraził po wojnie wdzięczności dla oddziału straceńców.
Japończyk najbardziej ożywiał się w momentach, gdy pytany był o kwestie techniczne. O pilotaż, wszelkie cyferki. Gdy dostał do rąk modele wykorzystywanych w operacjach samolotów.
„Ja, kamikadze” stanowi dla mnie dopełnienie animowanego „Zrywa się wiatr” Hayao Miyazakiego, które przemknęło przez ekrany naszych kin w sierpniu. W obu filmach traktujących o koszmarze wojny z perspektywy Japończyków dotknęło mnie to co jest ukryte gdzieś między słowami, przemilczane, obecne jakby w oddali.

